Wielki Gość - legenda z Kowalowej

1. Podkowa

W czasach tych wszystko postrzegano inaczej. Każda rzecz miała bardziej wyrazisty zapach, była obnażona z wszystkiego, niczym sam smak. Łatwo wyczuwalne było najmniejsze drgnienie życia. Dało się ujrzeć najdrobniejszy gest przyrody i usłyszeć każdą ukrytą cząstkę. Drzewa mogły piąć się szumnie w nieskończoność. Zioła i trawy patrzyły swobodnie w niebo. Tam zaś, gdzie nie było lasów i łąk, rozlewały się spokojne stawy. Życie człowieka łączyło się z tym wszystkim, jak brzęczenie podków ze stukotem kół, jak koleiny dróg i ruch wozu, jak łopoczące serca małżonków podróżujących w miodowy miesiąc. W tym misterium, nawet cisza i milczenie były inne- bogatsze w swojej naturze.

Po deszczu kryształki powietrza niosły daleko wieść, że wzdłuż doliny poruszają się wolno trzy zaprzęgi. Niektórzy powychodzili z chat i z uwagą zaczęli przyglądać się orszakowi. Już kilka dobrych lat nie widziano tak zacnych gości na tej drodze. Wielu rozpoznało piękne, białe konie oraz skromne, ale gustowne powozy i niepowtarzalny błysk nielicznych ozdób. W wysychających kałużach odbijały się ostre, pomarańczowe promienie słoneczne, bo była to godzina, w której czerwcowy dzień jeszcze nie dobiega końca. Zaledwie dwa dni temu zrobiła się ładna pogoda. Wcześniej padało parę tygodni. To były deszczowe lata i pochmurne czasy. Zewsząd dookoła czyhało wiele różnych niebezpieczeństw. Nie było też pewności, co może przynieść jutro. W tym wszystkim coraz częściej przebijały się promienie nadziei na bezpieczeństwo, sprawiedliwość, pokój i dostatek. Ludzie z większym zapałem zmieniali świat i własne życie na lepsze. W tych stronach też nie było łatwiej, mimo to, napływało tu dużo osadników i niektóre wsie aż pękały w szwach. Przyzwyczajono się do trudnego ukształtowania terenu i złego stanu dróg. Uczęszczano tylko głównymi ulicami, zresztą cały teren był ze swej natury i tak podmokły. Liczne tu były bagna, wąwozy, grzęzawiska. Klimat tych miejsc miał jednak również swoje wielkie zalety. Było tu dużo lasów tworzących na ogromnych przestrzeniach puszczę. W lasach rosło mnóstwo grzybów, kryły się łowne zwierzęta a okoliczne stawy aż roiły się od ryb. No i sam krajobraz był uroczy- szczególnie pięknie było o tej porze roku.

Wielki gość chętnie tu przyjeżdżał, jeśli tylko miał ku temu okazję. Czynił tak, gdy na przykład załatwiał interesy na Węgrzech. Wybierał szlak bocheńsko- czchowski a z niego było już tylko o krok do tych malowniczych miejsc. Czasem wracał tędy także z Rusi, gdy trzeba było nieraz odpychać wschodnie zagrożenie Litwy lub Tatarów. Bywał tu również objeżdżając Małopolskę, by doglądnąć swoich licznych na Pogórzu budowniczych dzieł. Przejeżdżał między innymi tędy do Dukli, Krosna, Sanoka, Biecza. Innym razem po prostu robił sobie odetchnienie w tych terenach. Wolał, bowiem bardziej od miecza, wędkę czy myśliwską kuszę. Miał na głowie wiele trudnych spraw i odpoczynek był tu całkiem wskazany. Pięć lat temu nawet ciężko zachorował, w Lublinie, w czasie jednej z wypraw na Ruś. Nadworni medycy obawiając się o jego zdrowie i życie zalecali w miarę częste przebywanie na łonie przyrody a w tym miejscu było jak u Pana Boga za piecem. Niektórzy żartobliwie mówili, że władca miał tu innego rodzaju rozluźnienie. Chodziło mianowicie o adoratorki. To fakt, że uwielbiał niewiasty, ale wątpliwe, by właśnie teraz jechał tutaj w takim celu, albowiem wiózł ukochaną, nowopoślubioną Krystynę. Nie zabierałby jej przecież w podróż, gdyby miało to sprawić okrutną dla niej przykrość.

Zaprzęgi orszaku królewskiego mijały kolejne zagrody a chłopi wychodzili z chat i z okrzykami witali największego z władców, którego znała ta ziemia. Gdzieś z pagórków Brzanki i Liciąży wydobywał się piękny, przenikliwy głos ligawek. To znak, że dzisiejszy dzień jest tutaj świętem. Świętem, bo przyjechał wielki gość. Tacy ludzie jak on są określani przydomkiem „wielki”, paradoksalnie, dlatego, że nie udają wcale wielkich. Król jako taki ze swojej natury prezentował się dostojnie i okazale, ale w gruncie rzeczy był bardzo skromnym człowiekiem. Nie lubił dla przykładu żadnych wiwatów i sztucznych ceremoniałów. Posiadał jednak dumę płynącą z godności królewskiej i przynależności do rodu piastowskiego, dlatego przyjmował wszelkie oznaki czci i szacunku, zwłaszcza, gdy czynili to wobec niego najmożniejsi tego świata. Natomiast bardzo kochał lud wiejski i dlatego nie troszczył się chyba o nikogo bardziej jak o niego.

Powóz jeszcze bardziej zwolnił, nagle uchyliło się okno, władca wyciągnął dostojnie dłoń do tych, co go tak serdecznie zawsze tu witali. Powiedział, jak mocne więzi łączą go z nimi:

- Moimi jesteście w sercu a ja jestem zawsze wasz! Witajcie zacni mieszkańcy wsi! - na te słowa rozległy się jeszcze większe okrzyki wiwatów i radości. Tymczasem czas czynił postępy i należało jechać dalej, by zdążyć przed zmrokiem na nocleg do zaprzyjaźnionego włodyki z pobliskiej Lubczy. Nie mógł przecież narażać na niepotrzebne trudy swojej żony.

Największym problemem dla króla Kazimierza, który nawet w nocy go miotał w koszmarach, był brak syna. Tu nie chodziło o zwykłe męskie ambicje, bo synów dwóch poza łożem małżeńskim już miał, ale o dobro umiłowanej ojczyzny. Zwyczaj mówiący o rodowej sukcesji tronu, różne układy, a zwłaszcza zobowiązania wobec sojuszniczych Węgier, domagały się mieć potomka. Poślubił już trzecią niewiastę, przeżył 23 lata jako monarcha, miał już 46 lat i coraz bardziej gasła nadzieja na następcę. Bał się o przyszłość Polski, którą z trudem, jak napisał parędziesiąt lat później J. Długosz, z drewnianej uczynił murowaną i której jak żaden z Piastów, tak dalece granic nie rozszerzył. Poświęcił jej całe życie, zdolności dyplomatyczne, błyskotliwość rozumu i zdrowie. Kolejka zaś po najwyższy urząd była bardzo długa. Polskę otaczały jak sępy wrogie monarchie. Nawet sojusznik Ludwik, król węgierski, wedle porozumień, był w tej kolejce na samym przedzie.

Żyła jeszcze Adelajda, druga żona Kazimierza, pochodząca z nieprzyjaznego rodu Luksemburczyków. Nigdy jednak jej nie kochał. Było to małżeństwo z rozsądku- szansa dla Korony. Nie mieszkał już długo z nią, nie lubił jej nawet i nie miał z niej żadnego pożytku. Mimo, że cenił zasady i obyczaje, uznał, że nawet jego osobisty grzech nie ma znaczenia dla dobra sprawy. Skoro nadarzyła się tylko okazja i poznał piękną niewiastę, puścił z niewoli swoje serce, które z sercem Krystyny, jak para orłów, królewskich ptaków, postanowiły utkać gniazdo w zaciszu, na skale, z której widać wszakże przepaść grzechu, ale jest również niedosiężna dla jakiegokolwiek śmiałka, mogącego zagrozić jego planom.

Ponad miesiąc temu, na wiosnę tegoż roku, czyli 1356, Kazimierz przez prawie dwa tygodnie bawił w Pradze. Zawarł tam układ polityczny z Karolem IV. W tak krótkim czasie stała się rzecz niezwykła: król zdążył zakochać się i tajnie wziąć ślub. Niektórzy dowiedziawszy się o tym, uznali to przedsięwzięcie za zupełnie szalone. Król był człowiekiem z krwi i kości, i mimo omotania niewieściego, zachowywał zawsze trzeźwy rozum. Związek ten mógł kryć jakąś nową grę a taktyka dobrego gracza nie może przecież być rozumiana przez innych. Monarcha wiedział, jak niełatwo będzie przekonać, że syn z takiego małżeństwa będzie godnym, prawowitym następcą tronu. Problemem było także mieszczańskie pochodzenie nowej małżonki: Krystyna była, bowiem córką Mikołaja Rokiczańskiego. Królowi akurat to nie przeszkadzało i być może znalazł wreszcie miłość swojego życia. Na pewno spełniała jego gusta, bo Czeszka miała niezwykłe wdzięki i urok. Była smukła i rosła, oblana złotem włosów, a z jej słowiańskich szafirowych oczu promieniowała witalność, bystry umysł, oddanie. Z królem mogła porozumieć się nie tylko bez słów, co mogło na tym etapie znajomości zupełnie wystarczyć. Znała kilka języków, również dość dużo umiała po polsku.

Po jakiejś godzinie podróży, gdy słońce schowało się w lasach Lipia, zaprzęgi zatrzymały się, by dać odpocząć koniom, które pokonały w tym dniu dziesiątki kilometrów. Z Wawelu królowi towarzyszył niejaki Maciej Kielanowski, szlachcic herbu Pobóg. Chciał odwiedzić rodzinę w tych stronach, z którą nie widział się lata. Spacerowali jeszcze chwilę wśród leśnych ścieżek, wzdłuż strumienia, patrzyli w rwący nurt rzeczki i rozmyślali nad losem:

- Tak jak ona - mówił król - płynie czas bystro i tylko z pozoru niewinnie. Nad potokiem czasu warto niekiedy zatrzymać się, zgasić pragnienie, pomyśleć. Warto się zatrzymać, bo życie jest krótkie i można łatwo przegapić jego dary. Warto też zgasić pragnienie, to znaczy brać los w swoje ręce. To, co dobre spożytkować a to, co złe odrzucić. Nie spalać się tym, co nie przynosi korzyści. Warto wreszcie pomyśleć, jakie są cele i w jaki sposób je osiągnąć.

Krystyna z uwagą wsłuchiwała się w medytację męża. Znała jego konsekwencję i upór w osiąganiu celów. Wiedziała, że dla niego nie jest najważniejsza rodzina. Kazimierz był inny niż bywają przywódcy Europy: krótkowzroczni i egoistyczni. Pilnują jedynie interesu własnego i swojego rodu. Władzę i bogacenie się przedkładają nad dobro państwa. W czasach Kazimierza, oprócz Francji i Polski, nie było takiego króla, dla którego nadrzędnym byłoby dobro ojczyzny. On pracował dla przyszłych pokoleń. Dla niego liczyła się przede wszystkim Polska. Kraj, dopiero, co wykluty z mroku dziejów, powoli rósł, rozpinał skrzydła. Wkrótce stanie się jedną z największych potęg Europy. Dla innych uczynił monarcha wszystko, co było w jego mocy, a ludzie nieraz złem mu odpłacili.

Tymczasem napojono konie właśnie w owej rzeczce, która w tej części biegu stała się bardzo wąska. W późniejszych czasach nadano jej nazwę: Szwedka, ale na razie była dla chłopów po prostu Rzeką. Spełniono dobry uczynek- koniom zrobiło się lżej i ruszono dalej. Mówi się, że dobre uczynki zawsze kosztują, ale często cena ta jest wyższa, niż pierwotnie można się było tego spodziewać. Tak i teraz właśnie nieszczęśliwie stało się. Jeden z koni zahaczył o jakiś kamień, o mało nie rozerwał zaprzęgu i tylko głośno zadzwoniło.

- Koń zgubił podkowę! - krzyknął rozpaczliwie woźnica - Czy może nam tu ktoś pomóc? Czy jest jakiś kowal na tym pustkowiu?

Słowa te zabrzmiały jak zamknięcie jakiejś złej powieści, której nie ma się ochoty dalej czytać. Król zachował się, jak czynił to zwykle- nie tracił wiary. Nie uznawał jakiegoś fatum i przebierał stronice swojego życia karta za kartą. Wypadek zaprzęgu nie przeraził go wcale a zdobył się wręcz na pocieszenie wszystkich:

- Podkowa to znak szczęścia, więc poczekajmy, jakie to szczęście będzie miało oblicze.

Być może to szczęście zbliżało się właśnie od strony wschodniej. Po kilku minutach podjechał ku orszakowi królewskiemu terkoczący, lichy wóz, gniady koń i nędznie odziany wiejski staruszek. Na widok nieznanych mu gości zatrzymał swój pojazd i zwrócił się życzliwie:

- Witejcie zacni państwo! Cy moze sukocie pomocy?

- Tak! ? odezwał się pierwszy sam król, którego najwidoczniej wieśniak nie rozpoznał. ? Miły gospodarzu, jesteśmy bezradni bez pomocy kowala, czy jest tu gdzieś taki w okolicy?

- Mocie scęście, bo jestem z wsi, co siedzi tuzin kowoly i lepsych ni ma nigdzie.

Słowa te dowodziły wspomnianej wyżej intuicji króla, że zła sytuacja nie musi być przegraną, ale może nawet przeobrazić się w to, co dobre.

 

2. U kowala

Zdarzenia tu opisane przetrwały w umysłach miejscowego ludu przez równe 650 lat. Są one zupełnie prawdziwe, choć przybrały w ciągu dziejów formę legendy. Znaczy to tyle, że prawda została zakryta przez niezwykle wyszukaną szatę słów. Dokonali tego wiejscy bajarze i ludowy przekaz niesiony przez pokolenia. W legendzie nie chodzi o czyste fakty, lecz raczej o wniknięcie w głębię ludzkiego ducha, o pobudzenie do działania i sławienie bohaterów przeszłości. Warte, więc jest przywołanie podania o wsi słynnych kowali, zwłaszcza, że okolice te nie były wolne od ciekawych wydarzeń.

Upłynęło parę chwil, od momentu wypadku z podkową, kiedy ją zgubił jeden z koni zaprzęgów królewskich. Teraz orszak powiększył się o nowy, nie bardzo pasujący do całej reszty, mały wozik wiejski. Przy zagrodach jacyś gapie patrzyli zdumieni tym niecodziennym widokiem. Jan prowadził, jak jakąś zdobycz wojenną, trzy okazałe zaprzęgi. Przypominało to zdarzenia sprzed około piętnastu lat, kiedy to do wsi, ów staruszek, przyprowadził sześciu jeńców. Byli to zbóje, którzy przez lata nękali okolicznych ludzi i podróżujących. Sam jeden ich wszystkich pokonał, powiązał i ciągnął jak jakieś nieużyteczne woły przez środek wsi. Obecna sytuacja była jednak zupełnie inna.

Dojechali do miejsca, skąd rozwidlały się drogi we wszystkie kierunki świata. Na wprost jechało się w stronę Jodłowej i Liwocza. Zakręt w prawo prowadził na pagórki Gilowej, zaś szlak skręcający w lewo, był tym, po którym Kazimierz planował podróż do swojej królewskiej posiadłości, Lubczy. Przed skrzyżowaniem stało kilka okazałych drewnianych budynków. Przy jednym z nich kręciło się mnóstwo ludzi, z wnętrza domu wydobywał się wrzask, śpiew i dźwięki muzyki. Obok karczmy znajdowały się dwa nieco mniejsze budynki. Przed środkowym stał ktoś, kto wyglądał na szlachcica. Obok trzeciej chaty krzątało się wśród dymu kilku młodych ludzi- to była jedna ze słynnych w całej okolicy kuźni. Jan skręcił w lewo w stronę stojącego człowieka, zatrzymał wóz, zsiadł i podbiegł do niego. Wymienili kilka zdań i nagle, wrócił prędko z powrotem ku gościom, padł na kolana i krzyknął, oświecony usłyszaną dopiero co prawdą.

- Nojjośniejsy panie, wybac, ze nie poznołem wos, jo, sługa Jon. - i dodał - jesteśmy juz pzy kuźni. Zaroz polece do kowola.

Tak też zrobił, a w tym samym czasie do króla podszedł bliżej owy gospodarz, który zaraz rozpoznał gościa.

- Witaj, Jego Wysokość. Jestem Leszek, wojownik twój oddany, aż do końca mych dni. Byłem u boku twych wojsk w Bełzie, trzy wiosny temu.

- Składam dzięki za twoją rycerską służbę. - Po chwili król zapytał - Masz żonę i rodzinę?

- Tak, mam żonę i troję małych dzieciątek, ale są dość chorowite i mam wielki frasunek.

- A czym się teraz zajmujesz?

- Mam mały łan ziemi, parę sztuk bydląt. Czasami, gdy pozwala czas, śpiewam jako drużba weselny wraz z miejscową kapelą.

- To chwali się, Leszku, że nie marnujesz czasu. Godzi się byś za zasługi wojenne dostał jakiś nowy grunt ziemi. Ta wieś nie ma jeszcze pełnych praw i sołtysa, więc mógłbyś zająć tę posadę.

Król wyciągnął małą sakiewkę i dyskretnie wsunął gospodarzowi do kieszeni. Chcąc odwrócić czyjąkolwiek uwagę, zwrócił się:

- Zaprowadź moją żonę do jakiegoś ciepłego miejsca w karczmie, niech odpocznie, bo to jej miodowy miesiąc.

Z kuźni prędko przybył Jan i trzech młodych ludzi. Nie było już możliwości, aby król dziś jeszcze dojechał do celu swojej podróży, kazał więc porozpinać uprzęże i zaprowadzić konie w odpowiednie miejsce. Podszedł w stronę kowali, przyglądał się ich pracy a z tymi, którzy byli bliżej podjął pogawędkę o sprawach wsi, o problemach miejscowych ludzi. Jak już wspomniano, król Kazimierz kochał wieś i stan chłopski. Zakładał nowe wsie, popierał osadnictwo, nakazywał karczowanie lasów pod nowe pola uprawne. Obniżał opłaty i dziesięciny, a w czasie głodu i moru dostarczał żywność. Chłopów brał w opiekę, czynił niezależnych wobec możnych. M. Rej określił później, że Kazimierz był „królem chłopów”. Szczególnie bliska była mu Małopolska. W tej wówczas stołecznej dzielnicy Polski miał największe poparcie możnowładztwa, mieszczan i chłopów. Tu wprowadził najwięcej nowoczesnych reform w zakresie prawa i porządku. W Małopolsce był też największy dobrobyt.

Tymczasem przyszedł z karczmy Leszek i oznajmił królowi:

- Najjaśniejsza Pani jest już pod odpowiednią opieką, posili się i odpocznie.

Kazimierz podziękował i wrócił do rozpoczętego tematu.

                  - Znam to piękne rzemiosło, sam kiedyś, gdy jako dziecku rodzice pozwolili, robiłem drobne ozdoby. Wiem ile trudu trzeba i cierpliwości by wykonać wielką bramę albo chociażby podkuć konia. Mam w sercu sztukę tę, bo sam pochodzę z okolic, w których było wielu mistrzów tej dziedziny, urodziłem się, bowiem w miejscowości Kowal. I skoro jak mówicie, co do praw waszej wsi, sołtysa i nazwy, to, gdy wrócę do Stołecznego Królewskiego Miasta, wydam odpowiednie dokumenty. Niech też według waszego nazywania swojej wsi, będzie na zawsze jej imię Kowalowa. Dla mnie pozostanie jak małżonka dla rodzinnego Kowala.

W tym samym czasie Krystynie, małżonce Kazimierza, uszykowano wygodne miejsce w centralnym miejscu domu, obok ciężkiego, dębowego stołu. Dość szybko zakrzątani koło niej gospodarze i służba zastawili ów stół tym, co mieli tylko najlepsze. Były to puchary miodu, soki brzoskwiniowe, syczące kaczki na patelniach, przechowane przez zimę jabłka. Znalazł się także chleb, który znany był na okolice, pieczony przez słynnego piekarza Andrzeja mieszkającego w tej części puszczy, która rodziła olbrzymie drzewa bukowe, obok posiadłości wspomnianego szlachcica Kielanowskiego. Piekarz z Bukowiny słynął również z tego, że prowadził kapelę, najlepszą między Dunajcem i Wisłoką. Wielu gości mieściła karczma. O tej porze dnia ludzie chętnie przychodzili tu pogawędzić, czasem utopić zmartwienia w ostrych napojach. Były też panny z chłopcami objęci co wieczór w hulankach. Całość wypełniał gwar i radość chwil, odetchnienia i rozrywki, których lud wiejski potrzebuje i nie stroni od nich. Wszystko jednak nagle ucichło w momencie, gdy do chaty weszła żona króla. Zamarł nawet głos kapeli, grzejącej mocno serca, niczym miód. Właśnie wlewał go w puchar Krystynie, olbrzymi jak tur, karczmarz.

- Życzę długich lat i szczęścia Najjaśniejsza Pani! Nie mamy tu bardzo, czym uraczyć, ale zrozum Pani, że nie spodziewał się nikt tak wspaniałych gości. Dajemy to, co najlepsze i pozwól, że specjalnie dla ciebie nasza kapela zagra, bo sam jej mistrz z pieczywem przez siebie uczynionym, zagościł tu dziś w nasze progi.

Karczmarz podniósł rękę i odwrócił się do kapeli zapowiadając:

- Muzyko graj tę rzewną melodię bystro, co o naszych stronach opowiada, o ludzie oddanym królowi i Koronie.

Siwy, brodaty Józef, jako że był pierwszym skrzypkiem, chwycił od razu za smyk i śmignął po strunach. Za dźwiękami włosi końskich poleciały wszystkie instrumenty a potem włączyli się w śpiew młodzi:

Wioska od kowolów to daleko słynie.

Wysywany gorset na kazdy dziewcynie...

Królowa wsłuchiwała się w pieśń uważnie, mimo, że jako cudzoziemka jej nie znała. Twarz Krystyny rozjaśniała a oczy błysnęły z radości i zachwytu. Musiała być to dla niej chwila, w której utwierdzała się w przekonaniu, że słuszną była decyzja zamążpójścia.

 

3. W karczmie

Kazimierz rozmawiał przy kuźni w czasie, gdy Krystyna zachwycała się muzyką w karczmie. Stanisław, jeden z muzykantów, ośmielił się nawet podejść do królowej, usiadł naprzeciw w kącie i zaczął coś jej tłumaczyć. Muzyka w tym czasie wcale nie ucichła, grała dalej cięto. Tony wymykały się przez otwarte okna budynku, biegły także przez lekko uchylone drzwi. Docierały daleko, mieszały się z melodiami ptaków, których tu było ogromne ilości. Zaraz za oknami melodie te mieszały się z gwarem ludzi, stanowiły swoiste tło do pogawędek, wrzasków, zabaw młodzieży i dzieci. Tak jak muzyka i śpiew, na wsi również wieści lecą daleko i śpiesznie. O niespodziewanej wizycie gości z Wawelu wiadomość rozniosła się szczególnie szybko. Zaraz króla otoczyła zgraja dziatwy, podchodzili także bardziej odważni dorośli. Były nawet i kobiety. Król z natury kontakt umiał szybko nawiązać, więc rozmów nie było końca. To był czas radosny dla mieszkańców wioski.

Słońce zniknęło już dobrych parę chwil temu, więc granat wieczoru rozlewał się coraz gęściej. Karczma jako miejsce dla zabaw wynalezione, wypełniona teraz lekko przyduszonym światłem, rzucała na zewnątrz poza muzyką i gwarem, również drobne błyski tego światła. Król otoczony wcześnie tłumnie, został obok jakiejś jednej drobnej postaci, spacerował za karczmą i chyba na chwilę zniknął wszystkim z oczu. Kto wie, czy nie rodziła się właśnie jakaś gorąca znajomość, bo jak wspomniano wcześniej, król łatwo i chętnie poznawał nowych ludzi. Nie patrzył przy tym na stan czy pochodzenie. Dla niego ważny był człowiek jako taki w całej swej pełni. Jak również wspomniano, kobiety były dla niego szczególnie ważne. Niczym te gwiazdy co mnogo wysypały się teraz na niebo.

Noc zasłoniła już cały Boży świat. Kiedy przyszedł moment, że nowe światło księżyca ją rozjaśniło, przez wysoki próg karczmy wszedł w całej swojej okazałości król.

- Witajcie zacni gospodarze i wszyscy bawiący tu! Przeszkodziłem wam zapewne w uciechach waszych, ale zaraz z małżonką idziemy do spoczynku, bo noc po podróży wcześniej się zaczyna.

Karczmarz z ukłonami zwrócił się do króla natychmiast:

- Nic nikomu nie przeszkadzacie bynajmniej. Na zmęczenie wasze przygotowałem miejsce dla Jaśnie Wielmożnych, ale jak tylko zechcecie, zostańcie tu wśród ludu jak najdłużej. Wasza Wysokość jest zapewne nie tylko zmęczony, ale i przegłodzony, więc zapraszam do stołu. Będzie to dla mnie i dla nas tu obecnych wielki zaszczyt.

- Oczywiście, chętnie chwilę usiądę obok mojej małżonki i o łyk wody poproszę, bo usta całkiem mi zaschły.

Potem, gdy już rozgościł się i nie tylko wodę dostał, ale również inne napoje i jadło, spytał, czy mógłby posłuchać jeszcze chwilę muzyki. Chętnie kapela zaczęła grać a Kazimierz zaprosił małżonkę w tany. Do ludowej nuty tańczył wyśmienicie, nie gorzej niż na salach królewskich w rytm modnych tańców. Potem król rozżarzony zabawą, w tańce wziął żonę karczmarza, potem żonę kowala a następnie inne wiejskie dziewuchy. Nie trwało to zbyt długo oczywiście, bo Kazimierz miał takt wielki i obok żony wnet usiadł. A gdy jeszcze chwilę pogadał z ludźmi, wstał, wziął za rękę Krystynę i oznajmił, że idą spać.

- Wszystkim życzę dobrej, spokojnej nocy, bo czas już na nas. Dziękuję za miło spędzony czas, za melodię, za słowa wasze.

Gospodarz z gospodynią poszli zaprowadzić gości do pokoju sypialnego w bocznym skrzydle karczmy. Tam muzyka i żaden jakiś zbędny hałas nie dobiegał, tak, że para królewska mogła spokojnie odpocząć. Ludzie zresztą też powoli zaczęli opuszczać dom i zagrodę karczmarza. Niektórzy pewnie jeszcze raz nad ranem chcieliby zobaczyć króla.

Niewielu jednak przyszło, bo i nikt nie zapowiedział dokładnie, kiedy orszak królewski miał opuścić ziemię kowalowską. Zaprzęg był w pełni gotowy do drogi. Woźnica jeszcze doglądał po raz kolejny czy wszystko jest w należytym porządku. Przy karczmie, ledwie widoczne, bo godzina była bardzo wczesna,  stały  nielicznie jakieś postacie. Był to zapewne karczmarz z żoną i rodzina kowali. Były jeszcze jakieś inne dwie czy trzy osoby. Kazimierz wraz z małżonką pożegnał zebranych, wrzucił w darze za gościnę sakiewkę gospodarzowi i wsiadł do powozu. Konie dobrze podkute ruszyły energicznie, bo za zakrętem była bardzo stroma górka. Zapewne niecierpliwili się znajomi króla z Lubczy, którzy nadaremnie wczoraj wypatrywali gości.

Kiedy wreszcie pojazd dotarł na szczyt góry, słońce rozpromieniło już całą okolicę. Wystarczyło jeszcze zjechać na dół, przez wąską, krętą drogę, potem przejechać doliną wzdłuż rzeczki. Wieś o tej porze dnia była cudowna. Promienie słoneczne raziły koniom w oczy, tak, że szły jakby na pamięć. Zresztą nie zgubiłyby się, bo znały te drogę doskonale. Znały rozpościerające się w stawy, lekki szum lasów i szelest rzeki. Wyłonił się po chwili stary, drewniany kościół, chluba mieszkańców królewskiej Lubczy. Zaraz za nim znajdował się dworek przyjaciela Kazimierza Wielkiego. Cel podróży dobiegał końca.

Janusz Siemek

Odsłon artykułów:
17462013

Odwiedza nas 84 gości oraz 0 użytkowników.

Top
W tej witrynie używane są cookies. Możesz je wyłączyć, ale strony mogą nie działać poprawnie. Więcej informacji…